Gruba i brzydka, a dziś trener kettlebell i medalistka MŚ w Chinach. Jak zostałam sportowcem?

Kiedy zamiast swojego imienia częściej słyszysz “Ty, grubasie”, kiedy nikt nie chce się z Tobą zadawać, bo jesteś brzydka i pochodzisz z biednej rodziny, kiedy na zajęciach WF-u dzieciaki przewracają oczami, bo nauczyciel przydzielił Ciebie do ich drużyny na wyścigi grup, kiedy na przerwach inni szturchają Cię barkiem, bo to Ty zawsze masz ustąpić przejścia… wtedy masz prawo czuć się niechciana, niepasująca, gorsza, niewystarczająca, wykluczona, nielubiana pomimo, że nikomu nic złego nie zrobiłaś. Ale wiesz co? Tylko od Ciebie zależy co dalej z tym zrobisz. 

Jako dziecko marzyłam o tym, aby zostać wojowniczką kung fu, serio! Oglądałam stare azjatyckie produkcje, z których pamiętam tylko sceny walki. Filmy z Jackie Chanem i Brucem Lee wałkowałam na okrągło, podobnie jak “Rocky” czy “Krwawy sport”. Mając 8 lat wyobrażałam sobie, że kiedyś spotkam wielkiego mistrza i będzie mnie uczył kung fu. Teraz to brzmi zabawnie, ale naprawdę tak myślałam. Chciałam być silna i umieć walczyć. 

Problem był taki, że rodziców nie było stać, żeby posłać mnie na jakiekolwiek zajęcia, więc tłumaczyli mi, że “to nie jest sport dla dziewczynek”. Mieli wtedy ważniejsze wydatki, jedzenie i bilety na autobus do szkoły. Pewnie pomyślisz teraz: “Skoro byłaś gruba, to mogli mniej Cię karmić i za zaoszczędzoną kasę posłać na treningi”. Niestety, moja otyłość nie była spowodowana przekarmianiem przez rodziców, tylko bywaniem u zamożniejszego  kuzynostwa, które częstowało mnie tym, czego ja w domu nie miałam, cola, lody, czekolada, słodycze itp.itd. Upasłam się, bo jadłam na zapas. 

Mało mam zdjęć z czasów, gdy byłam potwornie gruba. Dasz wiarę, że  wieku lat 10-11 ważyłam 64kg?! Dziś jako dorosła 40-letnia kobieta ważę prawie 10 kg mniej. Tak, byłam wtedy bardziej kung fu panda niż kung fu tygrysica. Wówczas nikt, nawet rodzice nie wierzyli mi, że ja tak bardzo chcę trenować sztuki walki, że to moje największe marzenie. Po podwórku biegałam z badylem i markowałam ruchy z filmów. Udawałam, że walczę, co wywoływało uśmiechy politowania i drwiny u tych, którzy mnie widzieli. 

Pomimo tuszy zawsze lubiłam WF. Ruch był dla mnie czymś naturalnym. Nie miałam innych rozrywek. Sala gimnastyczna w szkole i fajni nauczyciele wychowania fizycznego oraz podwórko z całym jego dobrodziejstwem trzepaków, garaży, drzew i murków zupełnie mi wystarczyły. Sama, nawet nie pytaj jakimi metodami, nauczyłam się robić szpagat i gwiazdę, ponieważ to robili bohaterowie filmów kung fu. 

W okolicach 7 klasy podstawówki zdecydowałam się schudnąć za wszelką cenę. Dość miałam wyśmiewania i obrażania mnie przez innych. Jedyne co wtedy wiedziałam na temat zrzucania wagi była głodówka. Tak, przestałam jeść, ale nie tylko słodycze. W ogóle przestałam jeść. Wpadłam w anemię, miesiączka się zatrzymała, a przerażona moim zachowaniem mama zamykała mnie na klucz w pokoju z talerzem obiadu prosząc, krzycząc, stawiając ultimatum, że jak nie zjem to nigdzie nie wyjdę. Niestety uparta byłam jak osioł i nie tolerowałam nakazów, zakazów, szantażów. Schudłam do 45 kg przy wzroście około 156-158 cm (od dawna nie rosnę). Moim celem było 44kg. Ważyłam się kilka razy dziennie. Byłam blada i słaba, ale w końcu byłam chuda, jak inni. W tamtym czasie dzieciaki i nastolatki nie miały nadwagi, grubaski były w zdecydowanej mniejszości dlatego były wytykane palcami na ulicy. Czujesz co ja wtedy miałam w głowie? Potrzebowałam udowodnić wszystkim, że nie jestem gorsza, bo sobie nie musiałam, przecież nic nikomu złego nie robiłam, to dlaczego mnie nie akceptują?

Mając nowy, mieszczący się w standardzie rozmiar wpasowałam się w społeczeństwo, a przynajmniej tak mi się wydawało. Zdałam egzaminy do renomowanego liceum o bardzo wysokim poziomie nauczania. Tu uwypuklił się inny kompleks. Córka robotników z wykształceniem podstawowym wśród córek i synów lekarzy, adwokatów, architektów i przedsiębiorców. Teksty “A Tobie już rodzice kupuli mieszkanie w mieście gdzie pójdziesz na studia?” były normalne, dla nich, nie dla mnie. Nie rozumieli mojej sytuacji i kontekstu.

Pomimo wszystko nauczyłam się funkcjonować w środowisku, do którego nie należałam. Ubierałam się w ciuchlandach, które wtedy były powodem do wstydu, a dziś celebryci chwalą się co markowego upolowali w secondheandzie. Sprzedawałam w antykwariacie stare książki, żeby mieć kasę na moje pierwsze szerokie, hiphopowe spodnie. Przecież na koncercie Kaliber44 trzeba było prezentować się właściwie. Taki klimat muzyczny u mnie panował i takiej nuty słuchałam.

Wcześniej fascynował mnie Michael Jackson, bo poza tworzeniem fajnych piosenek ruszał się rewelacyjnie. Tak, tańczyć lubię dzięki Jacko oraz Elvisowi Presleyowi. Podobało mi się jak zarządzają swoim ciałem. Skoro nie mogłam nauczy się kung fu, to chociaż próbowałam ruszać się tak jak moi idole.

Koleżanka poprosiła mnie kiedyś, żebym pomogła jej nauczyć się choreografii tanecznej, którą zobaczyła na teledysku J.Lo. To był mój pierwszy w życiu instruktaż prawie trenerski. Pojęcia jak uczyć innych ruchu nie miałam wcale, ale jakoś się udało. To prawie jak nauka ćwiczeń z YouTuba 😉      

Mając 19-20 lat spakowałam walizkę i bez znaku ostrzegawczego wyprowadziłam się z domu. Pracowałam w lokalnym radio i byłam w związku z wokalistą zespołu punkrockowego. Muzyka, którą uwielbiam była w moim życiu wszechobecna. Gdybym umiała śpiewać lub grać na gitarze, to założyłabym babski zespół punkrockowy. Ale tu talentu nie mam wcale, a marzenie to nie okazało się tak silne jak chęć trenowania sztuk walki. Jeździłam na koncerty, Woodstocki, festiwale, bywałam na bakckstagu i poznałam środowisko muzyczne od tzw. kuchni. 

Na pierwszy trening kung fu trafiłam dopiero w wieku 25 lat. Zapytałam kolegę z działu sportowego w redakcji gdzie w mieście jest jakaś szkoła, którą może polecić. Podekscytowana przyszłam na salę gimnastyczną jednego z płockich gimnazjum. Mało nie umarłam podczas treningu, ale byłam najszczęśliwszą osobą na świecie. Trenerzy Ania i Zbyszek Błaszczakowie sprawili, że zakochałam się w twardym stylu kung fu Hung Gar Kuen

Trenowałam tak często i mocno, jak tylko mogłam. Jeździłam na obozy, pomagałam w klubie i angażowałam się w niego całym serduchem. Stworzyliśmy tam rewelacyjną ekipę ludzi gotowych do rozwijania siebie i szkoły. Na pierwsze zawody trenerzy wysłali mnie do Szczyrku. Nie specjalnie pytali mnie o zgodę, po prostu oznajmili mi, że jadę. Potraktowałam to jak okazję do nauki, sprawdzenia siebie w niekomfortowej sytuacji, bo nie jestem typem, który lubi pakować się na świecznik. Zawsze trenowałam dla siebie, nie dla medali, tytułów i dyplomów. 

Na zawodach organizowanych przez klub Choy Lee Fut poszło mi fatalnie, ale jakiś puchar dostałam. Nawet nie pamiętam za co. Kolejne zawody to znowu była inicjatywa trenerów. Nigdy ich decyzji nie zawetowałam, bo chciałam się nauczyć zwalczać stres i paraliż, który mnie łapał przed każdym startem.

W końcu na prośbę trenerów zaczęłam samodzielnie prowadzić dziecięcą grupę kung fu. Robiłam jak umiałam. Początki zawsze są trudne, ale dzięki zaangażowaniu i wytrwałości wszystkiego można się nauczyć. Pierwsze obozy treningowe też były ciężkie. Dzienna dawka 5 treningów przez 10 dni to był hardcore. Nie umiałam uderzać, kopać, skakać, nic. Nauczyłam się, bo chciałam się nauczyć. Nie zastanawiałam się ile czasu mi to zajmie, za ile miesięcy będę już zaawansowana, po prostu trenowałam. 

Na turniejach i zawodach zaczęłam zdobywać miejsca medalowe. Dostałam powołanie do Kadry Narodowej Polskiego Związku Wushu w 2010 roku. Ucieszyłam się, bo nigdy nie byłam w Chinach, a tam właśnie miałam pojechać na Mistrzostwa Świata jako reprezentacja. No i znowu… Ludzie z kadry to byli świetni zawodnicy, doświadczeni kadrowicze i ja, nowa, nikt szczególny, nikt wybitny. Miałam to szczęście, że będąc na wyjeździe sama, bez znajomych z mojego klubu, zajął się mną trener kadry Sifu Tomasz Chabowski. Otoczył mnie wsparciem i opieką tak, jakbym była jego uczennicą. Dzięki niemu poczułam się pewniej. Był ze mną na moich startach, poklepał po plecach nawet jak mi coś nie wyszło.

Ostatecznie jako zawodniczka reprezentacji na MŚ w Chinach 2010 i 2012 przywiozłam do Polski medale. W roku 2011 wyprowadziłam się z rodzinnego miasta i wylądowałam w Krakowie, gdzie zaczęłam pracować jako instruktor w Szkole Sztuk Walki IRBIS prowadzonej przez Piotra Kowalika, utytułowanego zawodnika Polskiej Kadry Wushu. Przez kilka miesięcy dwa razy w tygodniu jeździłam pociągiem do Płocka prowadzić zajęcia dla moich dzieciaków Hung Gar Kuen. Ponieważ nie mogłam kontynuować nauki mojego stylu kung fu, to musiałam nauczyć się innego. Tym sposobem trafiłam na treningi Choy Lee Fut do znanego mi już Sifu Tomasza Chabowskiego. Do teraz ćwiczę pod jego okiem i nie wyobrażam sobie innego scenariusza. Oto link do podcastu, który swego czasu nagrałam z Sifu:
http://www.tigerzone.pl/odc-4-tiger-zone-podcast-tradycyjny-trening-w-nowym-swiecie/ 

Jak widzisz, marzenia same się nie spełniają. To Ty musisz je spełniać. Siedząc i czekając na cud, aż samo się wydarzy – to nie działa. Jeśli naprawdę masz coś w serduchu, to znajdziesz sposób i żadne potknięcia, problemy, przeszkody i rzucane Ci kłody pod nogi nie odwiodą Cię od celu. Ja czuję się spełniona i zależy mi na moim rozwoju. Nie musze być najlepsza, bo nie jestem już zawodniczką, ale chcę czuć, że się rozwijam i robię to, co sprawia mi radość. Lubię trenować i lubię uczyć. Tym dziś zajmuję się zawodowo.

Szukając treningu i sposobów, które pomogłyby mi zbudować więcej siły do kung fu trafiłam na hardstyle kettlebell. Pojechałam na szkolenie, które prowadził Dariusz Waluś, Team Leader StrongFirst (Link: podcast z Darkiem). Podobnie jak w przypadku moich pierwszych zajęć sztuk walki, od razu poczułam, że to jest to co chcę w życiu robić. W budynku Szkoły Sztuk Walki IRBIS i razem z jej szefem Piotrem założyłam Centrum Kettlebell Kraków, którego zostałam głównym trenerem. Po trzech miesiącach od pierwszego szkolenia kettli samodzielnie (jakoś, bo jakość przyszła z czasem) przygotowałam się do egzaminu instruktorskiego StrongFirst SFG1.   

To była droga przez mękę. Niewiele umiałam i nie miałam trenera. Ręce pozrywane, bo nauczona, że cisnąć trzeba do końca, bez poddawania się. Nie rozumiałam jak należy programować trening siłowy i wytrzymałościowy. Oblałam pierwszy treningowy snatch test (100 rwań odważnikiem 12kg ). Kolejny robiłam już na egzaminie. Pamiętam, że dłonie miałam poranione, byłam przekonana, że tego nie zaliczę i będę musiała poprawiać w innym terminie, ale cieszyłam się, że z kursu i tak wyniosę mnóstwo wiedzy oraz nowe umiejętności. Zaliczyłam wszystko, ale swojego snatch testu nie pamiętam 🙂 Walczyłam do końca i dałam z siebie tyle ile wtedy mogłam. Po rozdaniu certyfikatów przyszła do mnie dziewczyna, która była moją partnerką treningową podczas kursu i poczęstowała mnie taką informacją: “Wiesz co mi powiedział Master Peter Lakatos? Pogratulował mi partnerki treningowej”. To był dla mnie miły komplement, tym bardziej, że liczyłam się z tym, że nie zdam testów. 

Dopiero po zaliczonym SFG1 wystartowałam z grupami w Centrum Kettlebell Kraków. Nie chciałam wchodzić w rolę trenera zanim uzyskałabym certyfikat. Nie chciałam uczyć innych czegoś, co do czego miałam wątpliwości czy oby na pewno to potrafię.

Weszłam w świat treningu siłowego z większym zaangażowaniem. Poniekąd spowolniło to mój rozwój w kung fu, bo nie byłam w stanie tak mocno działać  fizycznie na obu frontach. Nadal jeździłam na szkolenia i obozy kung fu, nigdy nie przestałam. Ostatnie kilka lat poświęciłam na zdobywanie wiedzy i doświadczenia w szkole siły StrongFirst, założonej przez autorytet treningu siłowego i mojego mentora Pavla Tsatsouline’a, którego miałam przyjemność poznać osobiście. Co zarobiłam z prowadzenia treningów to wydawałam na szkolenia. W efekcie zdałam wszystkie egzaminy i zdobyłam wszystkie certyfikacje StrongFirst, ketlebell poziomu 2 (SFG2), bodyweight (SFB) oraz barbell (SFL). Zostałam StrongFirst Elite Certified Instructor. Za zaoszczędzoną kasę jeździłam po świecie i pomagałam podczas kursów instruktorskich, utrwalałam wiedzę, zdobywałam doświadczenie, które mogłam potem przekazywać na sali Centrum Kettlebell Kraków swoim podopiecznym. Tak robię do dziś. Zmieniło się tylko tyle, że podczas wydarzeń i certyfikacji, w których biorę udział poza tym, że się uczę to jeszcze uczę przyszłych instruktorów. Jako druga osoba w Polsce (obok Dariusza Waluś) zostałam nominowana jako StrongFirst Team Leader. Zostałam zaproszona do uczenia podczas certyfikacji instruktorskich StrongFirst między innymi na Tajwanie, w Korei, Chinach i USA. Po dołączeniu do systemu Flexible Steel (trening mobilności i elastyczności) i otrzymaniu od Mastera Jona Enguma roli Flexible Steel Instructor Specialist zaczęłam samodzielnie prowadzić certyfikacje instruktorskie w Polsce i za granicą (m.in. Niemcy, Włochy). Razem z dwojgiem innych FSIS (Louka z Kanady i Laura z Włoch) na zaproszenie Jona Enguma wzięłam udział w nagraniu DVD Flexible Steel Fundamentals.

Dziś pod logiem TIGER-ZONE Better Be Strong tworzę i organizuję własne treningi, obozy, kursy, szkolenia stacjonarne oraz online. Prowadzę zajęcia grupowe i indywidualne w moim klubie oraz szkolę jego kadrę. Uczę dzieciaki kung fu, a dorosłym pomagam budować siłę, dbać o zdrowie i realizować siebie w życiu. Tłumaczę, że nie musisz być najlepszy, żeby być wartościowy i mieć moc pomagania innym. Pokazuję, że konsekwencja i zaangażowanie dają rezultaty. Wyjaśniam, że nie ma usłanej płatkami róż drogi na skróty. Jest praca, jest równowaga. Trzeba zrobić w swoim życiu miejsce na aktywność fizyczną, a potem na trening. Trzeba znaleźć czas dla siebie, na zadbanie o swoje zdrowie. Wiem, bo tego doświadczyłam, że siła fizyczna i psychiczna daje niezależność i wolność. Moim celem jest trenować kung fu i dźwigać ciężary do późnej starości, bo to sprawia mi radość i daje spokój. Dlatego sposób w jaki trenuję siebie i innych ewoluował. Rozwinęłam swoją świadomość i ciągle to robię, dla siebie i dla moich podopiecznych. Chcę być dla nich takim trenerem, jakiego sama chciałabym mieć i jakiego mam. Jestem wdzięczna wszystkim ludziom, których spotkałam na swojej drodze, bo nauczyli mnie tego jaka chcę być, a jaka być nie chcę.

Jeśli udało Ci się dotrzeć do końca streszczenia mojej długiej historii życiowo-sportowej, to teraz czas na Ciebie. Pomyśl co możesz zrobić dla siebie, aby czuć się ze sobą lepiej pomimo i na przekór przeciwnościom losu. Dasz radę, trzymam za Ciebie kciuki. Skoro udało się małej, grubej, brzydkiej, biednej, skazanej w oczach innych na porażkę, to Tobie też się uda. Walcz jak tygrys!      

2 thoughts on “Gruba i brzydka, a dziś trener kettlebell i medalistka MŚ w Chinach. Jak zostałam sportowcem?”

    1. Dziękuję Miłosz. Myślę, że sporo mnie nauczyło to co się w moim życiu wydarzyło. Każdy z nas tak ma, sytuacje, które są trudne i na których można budować siłę i odporność. Pozdrawiam. Siła z Tobą!

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *